Narciarskie tropy na Bornholmie.

Tegoroczne wakacje spędzałem m.in. na Bornholmie. Co prawda na alpejskich lodowcach spadło przedwczoraj 40cm i warunki, jak na sierpień, zrobiły się absolutnie cudowne, ale mnie akurat wywiało (a raczej wydryfowało) na duńską wyspę, gdzie śniegu jest mało nawet zimą, ale za to jest sporo wody.

Co do sportów wodnych to można tu spróbować różnych – kajaków, kite surfingu (choć teraz nie, bo słabo wieje), wind surfingu (męczy mnie samo patrzenie na walczących z żaglem kursantów) czy tzw. „stand up paddle”.
I właśnie tego ostatniego, zwanego „surfingiem dla emerytów”, postanowiłem spróbować.
W sumie sympatyczna to zabawa; ów pochodzący z Hawajów sport nie wymaga długiego przyuczenia, a machanie pagajem (nie mylić z „wiosłem”) zapewnia umiarkowany wysiłek i pozwala oddalić się na bezpieczną odległość od głośnych plażowiczów. Tutaj akurat nie ma ich zbyt wielu, ale duży potencjał dla tego sportu widzę w naszym kraju, gdzie pozwoli on uciec od pincetplusów, parawanów i głośnych sprzedawców jagodzianek.

Jednym z nielicznych minusów życia na Bornholmie jest to, że jak ktoś jest narciarzem, to ma wszędzie daleko; wszak najpierw musi opuścić wyspę.
Może jednak liczyć na łut szczęścia i to, że zrobi się naprawdę zimno, a północny wiatr przygoni śniegowe chmury znad Półwyspu Skandynawskiego.
Wtedy do akcji wkracza jedyna na wyspie armatka śnieżna i jedyny na wyspie, leciwy ratrak, by przygotować trasy w jedynym na wyspie ośrodku narciarskim – Borholms Skivenner.


Nie jest on zbyt duży – składa się z oślej łączki, na której latem kwitną piękne kwiaty oraz z dwóch kilkusetmetrowych trasek. Jedna jest wąska, a druga jeszcze węższa, przy czym jej 100-metrowy fragment oznaczono kolorem CZARNYM! 

Nachylenie mają całkiem przyjemne, więc jeśli ktoś zagęści skręty, można chyba całkiem fajnie pojeździć.  W sezonie (raczej niedługim) działa tu bar i wypożyczalnia. Krótko mówiąc – full service.


Warto dodać, że z górnej stacji rozciąga się widok na Bałtyk, a to dodaje kurortowi nieco splendoru.


Można zatem powiedzieć, że na Bornholmie możemy żyć jak w Kalifornii: jednego dnia opalać się na plaży, a innego szusować na stoku, z tą różnicą, że nie dzień po dniu, a tak w odstępie pół roku. 😉