Co by było (w kwietniu) gdyby…

Ten rok, jak wiadomo, jest wyjątkowy. Podobno najlepszym podejściem do życia jest życie „tu i teraz”, a nie rozpamiętywanie tego co było, czy zamartwianie się hipotetycznymi, przyszłymi wydarzeniami. Wyjątkowość tego roku polega też na tym, że „tu i teraz” jest dość ch…jowo i w sumie chyba przyjemniej jest powspominać i powyobrażać sobie, gdzie można by teraz pośmigać, gdyby kilka miesięcy temu ktoś w Chinach nie zjadł o jednego nietoperza za dużo.

Kwiecień do miesiąc narciarskich ostatnich, ale w wielu ośrodkach – na przykład w Czeskich Karkonoszach – na początku miesiąca panują jeszcze fantastyczne warunki. Grzech nie skorzystać!

I tak, na przykład, można by pojechać do Harrachova. Bardzo lubię Harrachov i czasami dziwię się, że ludzie wolą stać w gigantycznej kolejce do pokrytego błotem pośniegowym „Puchatka” w Szklarskiej Porębie, zamiast przejechać przez granicę w Jakuszycach i pośmigać sobie w Czechach.

Po pierwsze, sam ośrodek jest bardzo fajny, jest stosunkowo niedrogi i ma trasy o każdym poziomie trudności, od rodzinnych niebieskich, przez solidne, szerokie i długie czerwone, na dość srogiej, czarnej skończywszy. Jak widać na kamerach, warunki cały czas są tam bardzo dobre i można by sobie wspaniale polatać; zresztą Harrachov znany jest z dość długiego sezonu. W kwietniu 2017r. jeździło się tak:

Po drugie, przy okazji szusowania można sobie pooglądać kompleks skoczni narciarskich Čerťák, w tym skocznię mamucią. To tutaj zaczęła się „małyszomania” – w styczniu 2001 występował tu opromieniony zwycięstwem w Turnieju Czterech Skoczni Adam Małysz, a licznie zgromadzona publiczność, nierzadko odziana w szaliki klubów piłkarskich, rzucała śnieżkami w niemieckich skoczków.
Teraz ta olbrzymia skocznia jest nieczynna i malowniczo sobie gnije, choć ostatnio, dzięki polsko-czeskiej inicjatywie i przy wsparciu samego Małysza udało się reaktywować dwa mniejsze obiekty. Chętni mogą sobie wejść na zeskok i wyobrazić, jak to jest lądować tam z prędkością 100km/h po 200-metrowym locie.

A po trzecie, jak ktoś pojedzie do Harrachova w kwietniu i o 11.00 rozbolą go nogi, może sobie odwiedzić położone niedaleko Muzeum Járy Cimrmana.
Wiecie, kim był Jára Cimrman? Otóż jest to najsławniejszy w historii Czech, który żył i działał na przełomie XIX i XX wieku. W 2005r. wygrał nawet plebiscyt czeskiej telewizji na 10 najwybitniejszych Czechów, ale został on niestety unieważniony. Cimrman był wynalazcą, dramatopisarzem, kompozytorem, dentystą, filozofem, globtroterem, architektem, kryminologiem, kryminalistą, sportowcem, pedagogiem oraz ginekologiem-samoukiem. Miał wielki wpływ na historię Czechosłowacji i znacząco wpłynął na twórców i badaczy swojej epoki – m.in. Czechowa, Eiffla czy Marconiego. Zgłosił ponad 230 wynalazków do urzędu patentowego; niestety wszystkie z nich natychmiast odrzucono z wyjątkiem dwóch, które odrzucono dopiero po pewnym czasie.

W Czechach jest mnóstwo śladów Cimrmana (choć nie zachował się żaden jego wizerunek). W Pradze działa teatr Járy Cimrmana, wystawiający jego sztuki, a w Brnie, na ścianie kamienicy przy ulicy Anenská 26 można znaleźć pamiątkową tabliczkę informującą, że Jára Cimrman nigdy nie mieszkał i nie pracował w tym domu.

I właśnie niedaleko Harrachova znajduje się kameralne muzeum Járy Cimrmana w którym możemy bliżej poznać tę postać oraz na własne oczy zobaczyć kilka jego wynalazków, w tym talerz z wypustem, miotłę do zamiatania kątów oraz „dalekosluch” – odpowiednik lornetki dla uszu („dalekohled” to po czesku „lornetka”).

Jest to bardzo ważna postać dla czeskiej historii i dla samych Czechów, którym nie przeszkadza fakt, że Jára Cimrman nigdy nie istniał (dlatego właśnie unieważniono wyniki telewizyjnego plebiscytu).

Drugim miejscem, do którego powędrują moje pełne tęsknoty myśli, są Jańskie Łaźnie.🙂 Bardzo lubię ośrodki w czeskich Karkonoszach, bo pod względem przygotowania tras i infrastruktury Czesi przegonili nas o lata świetlne.🤷‍♂️

W Jańskich cenię sobie długie, fajne trasy, od kilku lat urozmaicone o Hoffmanky – szeroką, czerwoną nartostradę, obsługiwaną przez nowoczesną, szybką, 6-osobową kanapę. Na szczyt wwozi nas – co jest w Czechach rzadkością – gondola, a na szczycie, po drodze lub na dolnej stacji można dobrze zjeść. Małym minusem jest brak długich, łagodnych tras – tych można szukać w Harrachowie, Szpindlerowym Młynie czy Rokytnicach nad Jizerou.

W ramach karnetu można skorzystać z połączenia ze szczytu Černé Hory do Peca pod Snieżką (częściowo jedzie się na nartach, a częściowo w gąsienicowym busiku), następnie pojeździć tam, a do Jańskich wrócić skibusem, choć wiosną ta opcja jest już raczej niedostępna.

W kwietniu można jednak trafić jeszcze na bardzo przyjemne warunki, tak jak na przykład dwa lata temu, co widać na zdjęciach i na niniejszym materiale filmowym 😊

Z Jańskimi wiąże się oczywiście kilka ciekawostek.
Po pierwsze, w sezonie działa tam fajna trasa saneczkowa – można wjechać gondolą na szczyt i zjechać na sankach 3,5 kilometrową trasą. To jednak też opcja raczej na pełnię zimy, niż na kwiecień.

Po drugie, szczyt Černé Hory jest dość płaski i rozległy i można sobie wokół niego pospacerować na nogach lub na biegówkach. Na szczycie do niedawna straszyło opuszczone schronisko Sokolská Bouda z 1929r. Po cichu liczyłem, że znajdzie się jakiś inwestor, który przywróci świetność tej imponującej, 4-piętrowej, drewnianej konstrukcji. Niestety, od jesieni 2019 trwa jej rozbiórka, a w miejscu tym powstanie nowy, inny obiekt. Drugą ciekawą konstrukcją znajdującą się na szczycie jest wieża telewizyjna. Jak na obiekt techniczny, ma ona bardzo elegancki design. Co ciekawe, wieżę w latach 70-tych wybudowały i wyposażyły polskie firmy: Budimex i Unitra.

Warto też wspomnieć, że w Jańskich Łaźniach w 1925r. odbyły się pierwsze mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym. Rozegrano tylko 4 konkurencje (10 na 12 medali zdobyła Czechosłowacja), w tym skoki narciarskie. Konkurs odbył na nieistniejącej już skoczni, znajdującej się w mieście, niedaleko kościoła ewangelickiego. Wygrał go niejaki Willy Dick, reprezentujący Czechosłowację. Swoją drogą, czy może być bardziej niefortunne imię i nazwisko, niż WILLY DICK?🙈 Jak się okazało, był to „dick” nie tylko z nazwiska – rok później, na kolejnych mistrzostwach świata w Lahti, Willy reprezentował Niemcy. Nieładnie… Dla zachowania równowagi, złoty medal w kombinacji norweskiej zdobył inny Czech, Otokar Niemiecki, który, wbrew nazwisku, nigdy barw narodowych nie zmienił.😉

Kolejnym miejscem w Czechach, które chętnie bym odwiedził w pierwszej dekadzie kwietnia, jest Špindlerův Mlyn. Ośrodka raczej nie trzeba przedstawiać; jest to miejscówka prima sort!

Tutaj muszę z góry przeprosić za podłą jakość zdjęć, bo choć na ogół cykam fotki jak opętany, to w Špindlerovym nie robiłem ich w ogóle i to, co pokazuję, pochodzi z filmów nagranych pod koniec marca w 2018r.
Kamerki internetowe pokazywały jednak, że jeszcze w minionym tygodniu można byłoby pojeżdzić na większości tras.

Špindlerův Mlyn jest, o czym trzeba pamiętać, upiornie drogi; to takie czeskie Aspen i chyba najdroższy ośrodek w Czechach. Zarządza nim spółka Tatry Mountain Resorts, która jest właścicielem ośrodków na Słowacji, a także w Szczyrku i w Austrii (lodowiec Mölltaler). Ich własnością jest także Ještěd w Libercu i czekam właśnie, czy i tam coś „odpicują” w kwestii infrastruktury.

W Špindlerovym karnet 1-dniowy kosztuje w przeliczeniu jakieś 170zł, czyli niewiele mniej niż w niektórych ośrodkach w Alpach, ale jak to w przypadku TMR bywa, z kartą GoPass i zakupami online można trochę zaoszczędzić.

Trasy w SM są wspaniałe – długie i szerokie. Małym minusem jest to, że są rozsiane w kilku punktach miasta i skomunikowane busem, nie wyciągiem. W przypadku 1-dniowego wyjazdu trochę szkoda mi czasu na siedzenie w busie. Obecnie rozważane jest zbudowanie przy wjeździe do miasta parkingu i terminala, który połączyłby wyciągami kompleksy Svatý Petr i Medvědín. Wygląda jednak na to, że schowany w kącie Stoh oraz leżąca na uboczu Labská długo jeszcze pozostaną singlami.🤷‍♂️

Špindlerův Mlyn jest idealny na wiosenne narty, natomiast niechętnie jeżdżę tam w zimie, a to z tego względu, że najdłuższe i najciekawsze trasy w kompleksie Svatý Petr mają północną ekspozycję i do lutego są w większości spowite są w cieniu. W pochmurne dni, gdy pada śnieg, nie ma to znaczenia, ale w okresach mroźnych i bezchmurnych robi się dość ponuro – słońce tam nie zagląda, a na trasach tworzy się twardy beton. Oczywiście jeśli ktoś lubi szybką, sportową jazdę, to bawi się świetnie. W takie zimne dni narciarze uciekają na słoneczny Medvědín, a wtedy TMR w ramach franczyzy instaluje tam długie, szczyrkowskie kolejki do wyciągu 

Jeśli ktoś lubi ratraki (tak jak ja 😉), to w SM może się takowym przejechać. „Zážitková jízda rolbou” pozwala, za opłatą, pojeździć jako pasażer ratraka podczas przygotowywania tras, czyli mniej więcej między 16.00 a 18.00. To świetna opcja dla pań, ktore mogą kupić wspaniały prezent mężom, a same mieć święty spokój po męczącym dniu na stoku 

Špindlerův należy szanować z jeszcze jednego względu – od lat regularnie organizują zawody pucharu świata w narciarstwie alpejskim. Ostatnie w marcu 2019r. – odbył się tam wtedy slalom kobiet. I to jest coś. Bo my, na przykład, mamy piękne, imponujące Tatry, ale pojeździć w nich przez lata było trudno choćby rekreacyjnie, bo właściciele działek stawiali płoty na stokach. A Czesi, których największym szczytem jest dzielona z Polską Śnieżka, na kawału trasy w lesie organizują zawody, w czasie których można sobie obejrzeć Mikaelę Shiffrin czy Ester Ledecką. Tak więc wiecie, my tu sobie heheszkujemy z Jožina z bažin, a Czesi nam odjeżdżają. Na nartach.

Warto wspomnieć, że to nie karkonoskie ośrodki są najdłużej działającymi wiosną: położony w Jesenikach Pradziad jest tradycyjnie otwarty do końca kwietnia. Pisałem o tym tutaj 🙂.

W tym roku Pradziad udowodnił, że niestraszna mu nie tylko wiosna, ale i pandemia i jako jedyny ośrodek w Unii Europejskiej pozostał otwarty przez większość kwietnia 🙂